PWGay

Politechnika Warszawska w kolorach tęczy
Dzisiaj jest 26 cze 2019, o 20:30

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 1 ] 
Autor Wiadomość
Nieprzeczytany post: 8 lut 2004, o 00:11 
Offline
Emanacja Pi i Sigmy
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 lis 2003, o 14:54
Posty: 2058
Café del Trekker - rozbiegówka
Jest godzina 23:24. Siedzę przed grajpudłem w którym...
autor: trekker

Jest godzina 23:24. Siedzę przed grajpudłem w którym Drzyzga rozdrabnia na atomy kolejny ludzki dramat: „Mój chłopak się żeni, czy wypada jego narzeczonej kupić kwiaty?”. Przezornie przyciszyłem głos – lubię jak coś trajkocze w tle, ale musze popracować umysłowo, a kolejne błyskotliwe pytania w stylu „Ale czy nie zaniepokoiło Cię, że wybiera z Tobą pierścionek zaręczynowy dla innej?” wybitnie moje zdolności do pracy umysłowej osłabiają.

„aby efektywnie rozwiązywać problemy i postawione nam zadania należy wyeliminować czynniki rozpraszające...” – Drzyzga poszła o kolejne kilka tonów ciszej – „...dobrze jest też wspomóc się kreując atmosferę w której czujemy się zrelaksowani..” – da się zrobić.

Na Stole oprócz książki pojawiły się kolejno:

- kakao. To niesamowicie relaksuje.. chwila zadumy i przenoszę się o 15 lat wstecz. Jak wtedy w Zakopanem, kiedy mama zabierała na ciastka do Orbisu. To nic że w tamtych czasach kawa była bez cukru a z nóżek w occie można było dostać sam ocet.... sam fakt wyjścia z pensjonatu na miasto, chociażby w celu zjedzenia rurek z kremem wątpliwego pochodzenia czy też kawałka zamrożonej kolorowej wody, dumnie nazywanego przez Hortex „blokiem lodowym” sprawiał, że człowiek czuł się jakoś specjalnie, odświętnie...
i po kakale. Godzina minęła a książki nadal dziewicze, nietknięte leżą na stole i czekają...

- Herbata. „Po słodyczach trzeba się napić herbaty – to dobre na trawienie” mawiała moja ciotka. Nie wiem czy kakao to jeszcze tylko picie czy już słodycz, ale przecież oprócz dbania o układ pokarmowy nadal muszę „kreować przyjazną atmosferę pracy”. Malinowa, miętowa, Earl Grey, English Breakfast.. I jeszcze cos co pachnie jak niewykastrowany kot a smakuje jak trociny... Zostałem przy starej esencji. Nie będzie mi smakować – ale przynajmniej wiem JAK mi nie będzie smakować. Czasami od eksperymentowania lepsza jest jednak pewność niedostatków starych, sprawdzonych rozwiązań.

Kolejne pół godziny później (nie licząc czasu na wybór gatunku herbaty) poczyniłem znaczące postępy – otworzyłem książkę i zacząłem wertować spis treści! W końcu jak już stworzyłem tą niepowtarzalną atmosferę twórczego zapału do pracy, należałoby ją wreszcie wykorzystać. A zadanie czekało nie niebanalne – Melepet niedługo obchodzi urodziny i na mnie wypadło, jako na tradycyjnego ochotnika, przygotowanie ciasta. Przez chwilę myślałem o keksie. Rodzynki by się namoczyło w koniaku, do ciasta dodało – jak sztuka nakazuje – pięćdziesiątkę wódki, a całość podało z lampką likieru. Robota prawie żadna, a wszyscy na pewno świetnie by się bawili. Mmm... spróbuję może jak ten koniak się trzyma. Czy aby nadaje się do ciasta.

Trzy lampki V.S.O.P., godzinę piętnaście minut oraz „keks świąteczny, „sernik wiedeński” i „bakłażany na słodko” później dotarłem do końca działu „ciasta i desery”. Zatrzymałem się na wuzetce. Przyznawszy sam przed sobą, że nic lepszego już nie wymyślę poszedłem do łóżka śnić o dębowych beczkach, licząc przed snem procenty odparowujące ze mnie powoli procenty

2.45 – nieludzka pora. Nawet nie sądziłem, że taka godzina rzeczywiście istnieje w rzeczywistości. Owszem – chadzałem na imprezy. Było by hipokryzja z mojej strony mówić, że nie lubiłem porządnej błyskoteki. Zaprzeczać temu to jakby twierdzić że Melepet nie lubi jeść. Melepet zjadłby i spleśniały chleb gdyby mu wmówić że to „jak Camembert, tylko wersja dla ubogich” Tak więc pojęcie godziny 2.45, dzięki chadzaniu na imprezy istniało w mojej świadomości, ale raczej jako jakaś teoretyczna wymówka żeby uzasadnić podział doby na 24 godziny. Imprez zaczynała się o 22 i kończyła o 4 nad ranem lub po 8 piwie. Wszystko pomiędzy liczyło się nie w godzinach tylko w taktach na osiem ósmych.

Nie mniej jednak godzina 2.45 została brutalnie przeniesiona z domeny rozważań akademickich o naturze czasu w twardą rzeczywistość mojego życia, a to dzięki telefonowi od Tereski – koleżanki mojej i Melepeta.

- Cześć słoneczko, co porabiasz.? – zaszczebiotał głos z zaświatów kiedy mój mózg jeszcze nie zdążył zdjąć z wystawy tabliczki „remanent, do odwołania”
- ebhee..?
- ..chyba nie spałeś, bo wiesz, ja właśnie wracam od Kuby. Niesamowicie się bawiliśmy, wiesz, on zrobił lasagne, taki zapiekamy makaron z mięsem. Tylko, że nie rurki a placki, rozumiesz, hahah ,to naprawdę śmieszne i..
- wiem co to lasagne... – przerwałem w obawie żeby nie zostać posądzonym, choć to nieprawdopodobne, o nieznajomość kuchni włoskiej. - a skoro już dzwonisz i pytasz to właśnie robiłem ciasto dla Melepeta
- ach to wspaniale. Bo ja widzisz jadłam te u Kuby ciasto.. takie z powidłami z róży. I wiesz, świece pozapalał i w ogóle...
Przesłodkie. Dlaczego ona ma takiego farta? Świece.. „kafelki, duperelki, kraniki, dywaniki...”. Zaraz się dowiem że..
- I zrobił mi masaż! Nie uwierzysz! A jakie on ma dłonie...
Starając się z całych sił zabrzmieć wiarygodnie i równie entuzjastycznie co moja rozmówczyni wydobyłem z siebie okrzyk niepohamowanej radości:
- Łał… A skoro już tak gadamy... nie będzie Ci przeszkadzać jak w międzyczasie będę kręcił krem do wuzetki dla Melepeta?
- Skądże. A co mu robisz na urodziny?
- Wuzetkę.
- Acha! To wspaniale.. na pewno się ucieszy. No i potem poszliśmy do kina i, wiesz, wybrał naprawdę romantyczny film i...
Ok. Zabrałem się do roboty. Szło mi kiepsko – jednak kreowanie przyjaznej atmosfery rocznikiem 1981 nie było najlepszym pomysłem. Zacząłem od szukanie cukru pudru w lodówce. Znalazłem kubek homo-serka waniliowego i kostkę masła – też się przydadzą ale gdzie ten cukier..
- ... A jak go zapytałam czy na do herbaty cukier to powiedział że sam nie słodzi ale ma zawsze w szafce coś na czarną godzinę..
- Aha… to miło…

Idiota! W szafce! Przecież trzymasz cukier w szafce. Gdyby nie ostatnie doświadczenia w „kreowaniu przyjaznej do pracy atmosfery” zacząłbym od wypicia kawy.. ale wolałem nie ryzykować. Kto wie na czym by się skończyło tym razem.

Odmierzyłem szklankę cukru, dodałem poprzednie znaleziska i zacząłem wszystko kręcić mikserem. W międzyczasie dowiedziałem się od Tereski jeszcze o chorobie jej psa, i o tym ze Kuba też miał psa. O jej planach wyjścia do teatru, z Kubą w roli głównej. O problemach z cerą i o tym że Kuba mówi żeby się tym nie przejmowała. O oczach, głosie, włosach i tyłku Kuby...

Ma farta dziewczyna. A ja nie. Dobrze że dość szybko skończyła tą epopeję o Kubie, bo zaraz bym chyba albo się wkurzył i wyrzucił w afekcie miskę z kremem przez okno, albo popłakał z rozpaczy lub pociął żyletkami. Żadna z tych opcji nie rokowała świetlanej przyszłości wuzetce…

Skoro jednak pełne zachwytów oratorium Tereski na temat jej nowopoznanego ukochanego zdawało się tracić na dynamice, byłem w stanie dokończyć krem i wziąć się za ciasto. Może robienie Ciasta po kremie nie należało do kanonu sztuki kulinarnej, ale biorąc pod uwagę ilość „zapału do pracy” jaką w siebie wlałem poprzedniego wieczora, oraz wybitnie rozpraszające właściwości rozmowy telefonicznej czułem się usprawiedliwiony.

Na szczęście teraz praca już poszła gładko. Pół kostki „Basi do pieczenia” szklanka szczęśliwie odnalezionego cukru, 2 łyżki dżemu…
Dżemu? O jesus! A skąd ja o tej porze dżem wezmę? W lodówce wiem że nie ma – nie natknąłem się szukając cukru. W szafce też nie – dowiedziałem się znajdując w końcu cukier. Oczywiście można by było poeksperymentować ze składnikami zastępczymi. A potem podać ciasto z kartką żywcem z Peerelu: „Produkt czekoladopodobny, cena umowna, opakowanie zastępcze”
- Słońce, muszę kończyć. Potrzebuję ciasta do dżemu a już nic nie mam....
- ...A na koniec pożegnaliśmy się i.. Co?
- No dżemu nie mam. Musze iść do sklepu. Może tesko. Jest 3.38, pół godziny temu skończyli przerwę techniczną na przeliczenie kasy w kasach i już powinni mieć otwarte.
- Ojej. To nie opowiem Ci o naszych planach wyjazdu do Zakopca… szkoda.. Cóż – pogadamy na imprezce Melepety
Wymieniliśmy tradycyjne telefoniczne buziaki, ubrałem się i wyszedłem po dżem. Idąc w trzydziestostopniowym mrozie nie byłem w stanie opędzić się od wizji jutrzejszych nagłówków prasowych: „Student zamarzł idąc po dżem”, „Całodobowe sklepy przyczyną tragedii na mrozie”, „Oddał życie za ciasto dla kolegi”. Ale jestem sam sobie winien – tylko ostatni kretyn bierze się w środku nocy za pieczenie.

W drodze powrotnej natomiast moje myśli natrętnie krążyły wokół traumatycznego, jak zwykle, starcia z kasjerką. Skoro nie różnią się inteligencją od prymitywniejszych naczelnych, to chyba jedynym powodem że na nocnych zmianach nie zatrudniają zamiast nich goryli jest obawa przed podjadaniem bananów nogami w przerwie na kawę. Choć nie jestem pewien czy nie oszacowałem tych różnic na wyrost.

Z powrotem w domu. Tym razem nie traciłem czasu na rozgrzewanie się po pseudo antarktyczne wyprawie, tylko z marszu zabrałem się do pracy. Oprócz wymienionych wcześniej ingrediencji do miski trafiły jeszcze 2 łyżki kakao (na szczęście po wczorajszym wieczorze jeszcze coś zostało i nie czekała mnie kolejna ekskursja do hipermarketu), 3 jajka (zawsze na składzie). Utarłem wszystko. W międzyczasie znowu zadzwoniła Tereska żeby sprawdzić czy bezpiecznie wróciłem ze sklepu i czy „nie napadli jej biedactwa”. Chyba zreflektowała się po poprzedniej rozmowie bo przez cały czas pytała się co u mnie i jak tam mój humor i cały czas mi dosładzała… aż zęby momentami bolały. Ale w sumie było to dość miłe i zaspokajało moją próżność.

Po drodze miedzy kolejnymi ociekającymi lukrem „jakie to mile że zgodziłeś się pomóc w przygotowaniach imprezy dla Melepeta” a „nikt nie upiekłby tego ciasta tak jak Ty!” udało mi się dodać mąkę – nie bez strachu że w szafce nie znajdę potrzebnej mi ilości dwóch szklanek, a jedynie pyliste wspomnienie po krupczatce na dnie słoika. Potem jeszcze soda. Przez chwilę się zastanawiałem czy jeżeli zabrakłoby mi tej, to mógłbym w trybie awaryjnym dodać pastę do zębów „whitening bicarbonate”, ale drogą dedukcji doszedłem do wniosku, że mięta, kakao i dżem się nie komponują. Na koniec szklanka mleka i już można wszystko wrzucić do nagrzanego piecyka.

Jest punkt piąta. Do wschodu jeszcze trochę czasu. Ciasto wylądowało na ciepłej posadce w piekarniku a ja poszedłem odespać ciężką noc. Nie boję się, że się przypali, bo Tereska powiedziała że mogę spokojnie się trochę zdrzemnąć – ona i tak nie może spać bo jest za bardzo podekscytowana, więc jeszcze do mnie zadzwoni, jak już minie czas pieczenia ciasta. Zuch dziewczyna! Co ja zrobię, jak jej ten Kuba jeszcze bardziej w głowie zawróci? Kto mnie będzie pilnował...

Another hilarious achievement
Brought to you by
Trek-4-FuN © Trekker


Ostatnio zmieniony 29 gru 2008, o 23:57 przez 7z9, łącznie zmieniany 3 razy
Wstawienie treści artykułu


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 1 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group